• Wpisów:9
  • Średnio co: 328 dni
  • Ostatni wpis:8 lata temu, 16:40
  • Licznik odwiedzin:2 732 / 3289 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
„Magiczny świat”

Pewnego dnia Tomka obudziło stukanie. Tomek przetarł oczy i nasłuchiwał, skąd dochodzi ten hałas. Stukanie dochodziło ze strychu. Tomek bez strachu wszedł na górę, chociaż miał zaledwie 4 lata. Na strychu stało wielkie lustro. Chłopiec przyjrzał mu się uważnie. Nagle w lustrze pojawiła się dziwna postać. Nie była ona straszna, ale wręcz zabawna. Miała ona głowę ptaka, nogi kota, a ogon był niezwykle dziwny. Miał on kolor tygrysi i lwi, bardzo dziwnie to wyglądało. Postać wyszła z lustra i przemówiła do Tomka ludzkim głosem.
- Tomku, ja jestem postacią z twojej wyobraźni, czy chcesz zobaczyć ją na własne oczy?
Chłopiec pomyślał przez chwile i odpowiedział:
- Oczywiście, że bym chciał, ale to nierealne? Prawda?
- Tam gdzie chcę cię zabrać, wszystko jest możliwe. – odpowiedziała postać z lustra
- No dobrze! – z uśmiechem na twarzy powiedział chłopiec
- A wiec dotknij lustra. – powiedziała postać.
Chłopiec dotknął lustra. Całe pomieszczenie zaczęło wirować, rzeczy zaczęły latać powietrzu, a chłopiec został „wciągnięty” do lustra. Lecieli przez różne kręte korytarze. Chłopiec spytał się postaci z lustra kiedy tam dotrą, lecz postać nic nie odpowiadała.
Nareszcie dolecieli na miejsce. Było tam przepięknie. Domki były z waty cukrowej, a basen wypełniony był oranżadą. Jedzenia nie było trzeba sobie przynosić, wystarczyło powiedzieć „chce mi się jeść”, a jedzenie samo „przychodziło”. Chłopiec był bardzo znużony. Postać z lustra zaprowadził go do swojego domu. Było tam całkiem inaczej niż w tej części miasta gdzie był wcześniej. Tu samemu trzeba było wszystko zrobić, nie było tak „różowo”. Jedzenie zastąpiło żelazo, a picie ścieki. Tomek, przeraził się tego otoczenia. Uciekł do drugiej części miasta. Tam było już o wiele, wiele lepiej. Zapoznał tam Dobrego Duszka. Jego znajomy zaprosił go do domu. Było tam cudownie, tak jak opisywała to postać z lustra. Był tam basen wypełniony oranżadą i kanapa z waty, nawet bajeczny telewizor z plasteliny. Tomek pomyślał:
„Jak to możliwe, że ja znalazłem się w takiej cudownej krainie?!”
- Otóż to, mały chłopcze, sam nie wiesz, a ja wiem! – krzyknął Dobry Duszek.
- Jak to?
- Tu w tej krainie, wszyscy wiedzą, co zamierzasz, o czym myślisz i jak się zachowujesz. – wytłumaczył duszek
Chłopiec nieco speszony, spytał czy są tacy co niewiedzą. Duszek zachichotał i powiedział:
„Głuptasie, przecież to tylko świat wyobrażeń dziecięcych. Dziś do Wyobraźni przyjeżdża Agnieszka Dygant, bo któreś z dzieci wyobraziło sobie ją, że gra z nią w serialu, a jutro przyjeżdża do nas Joanna Koroniewska, bo znów jakieś dziecko wyobraziło sobie film z tą aktorką.
- To naprawdę fascynujące co tutaj się dzieje. – mówił podekscytowany Tomek
- Tak ale to bardzo męczące codziennie przyjmować tyle sławnych osób i te paparazzi.
- Tak to fakt. – zaśmiał się chłopiec
- Ale już chyba pora na Ciebie? – spytał się duszek
- Tak zapewne mama mnie szuka, ale ja nie znam wyjścia. – smutnym głosem powiedział chłopczyk
- Nie bój żaby! Ja znam wyjście, a zwłaszcza na twój strych. Zrobisz to co ci każe to furtka sama cię znajdzie. Dobrze?
- Tak jest panie profesorze, to znaczy tak jest!
- To dobrze. Idziesz w lewo, potem dwa razy skręcasz w prawo, w przód, w lewo, w prawo i masz furtkę. To powodzenia!
- Jak na razie, to nie dziękuje!
- Jeszcze możesz tu wrócić, pamiętaj!
- Tak jest Dobry Duszku, tak jest. Do zobaczenia!- krzyczał Tomek
„A jeżeli nie znajdę furtki i nie będę mógł wrócić do domu?”
„Ach na pewno znajdę!” – myślał chłopiec.
Po skręceniu tam gdzie trzeba, Tomek trafił na furtkę z napisem „strych Tomka Koliber”.
Otworzył ją specjalnym kluczykiem, który niewiadomo skąd znalazł mu się w ręce. Wszedł z powrotem na strych i zszedł na dół, gdzie mama czekała na niego z pyszną zupą grzybową. Tomek pomyślał sobie, ze kiedy dorośnie napisze o tym książkę. Lecz w nocy kiedy smacznie spał, przyśniła mu się ta piękna kraina i te „stworki”, które tam były. Powiadomiły go, że gdy napisze o nich książkę, to one znikną i żadne dziecko nie będzie miało wyobraźni, a jemu śnić się będą śnić się same koszmary. Tomek kiedy obudził się rano, przemyślał to. Poszedł na strych i wszedł do lustra. Przeprosił wszystkich tam zgromadzonych za tę myśl i powiedział jeszcze że nigdy więcej tak nie zrobi, bo nie chce, aby dzieci nie miały wyobraźni, a tym bardziej, że przez to nie wyspał by się już nigdy więcej, ponieważ śniłyby mu się same koszmary. To przerażające pomyślał. Przeprosił ich jeszcze raz i wrócił do domu, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
 

 
„Znaleźć żonę dla Tatusia”

Owego dnia państwo Gilbert wybierali się na zakupy świąteczne. Padał gęsty śnieg, ponieważ był grudzień. Był duży mróz, a na drodze leżała gruba warstwa lodu. Było bardzo ślisko. Państwo Gilbert śpieszyli się, ponieważ sklepy zamykane były już o piątej. Gilbertowie pracowali, aż do czwartej, więc nie mieli zbyt dużo czasu, aby coś kupić. Julia Gilbert pisała coś w swoim notatniku, a Tomasz w tym czasie wyprzedzał samochód ciężarowy. Było ślisko, samochód Gilbertów wpadł w poślizg, nie wyrobił zakrętu i uderzył prosto w gruby dąb, stroną gdzie siedziała pani Gilbert. Julia z ciężkim stanem trafiła do szpitala, ale zmarła podczas natychmiastowej reanimacji. Panu Tomaszowi na szczęście nic poważnego się nie stało. Miał złamaną rękę. Dzieci Gilbertów dowiedziały się dopiero po jakimś czasie, bardzo to przeżyły. Minęło kilka Wigilii. Dzieci były już prawie dorosłe. Anna i Kevin mieli po 17 lat. Po kolacji wigilijnej, poszli do swoich pokojów. W nocy Anna nie mogła spać. Obmyślała co zrobić, aby ich tata nie był już taki smutny. Wymyśliła! Pobiegła do Kevina i opowiedziała mu wszystko. Plan wyglądał tak. Najpierw rodzeństwo musi zgłosić swojego tatę, do konkursu o nazwie „Randka w Ciemno”. Następnie jeżeli to się nie sprawdzi, znajdą doskonałą kobietę, która by do niego pasowała, wyślą do niej list i zaproszą na randkę. Tak wyglądał ich plan. Następnego dnia po szkole dzieci przedzwoniły do „Randki w Ciemno” i zgłosili swojego tatę na konkurs. Tata dowiadując się o tym co zrobiły jego dzieci wpadł we wściekłość. Dał im „szlaban” na tydzień, bez telewizora, komputera i telefonu. Następnego dnia dzieci nie zjawiły się w szkole. Poszły szukać żony dla swojego tatusia. Po długich poszukiwaniach znalazły, piękną, smukłą, blondynkę. Była wprost idealna, dla Gilberta. Dzieci spytały jak się nazywa. Odpowiedziała, że nazywa się Olga Marczyk. Dzieci odprowadziły Olgę do domu. Zapisały adres miejsca zamieszkania Olgi Marczyk.
Napisali do niej list. Po otrzymaniu listu Olga odpisała. Tomasz Gilbert zaskoczony, spytał się dzieci o co chodzi. Dzieci wzruszyły ramionami. Po zjedzeniu obiadu dzieci poszły odpocząć. Anna i Kevin znów zastanawiali się co zrobić. Nagle fotel bujany zaczął się kołysać. Anna wpadła w panikę. Kevin uspokajał ją, że to tylko przeciąg poruszył fotelem. Ale okno było zamknięte. Nagle Anna zauważyła swoją mamę, siedzącą na fotelu bujanym. Kevin także ja widział. Zapytali się czy im się nie zdaje. Ich mama odpowiedziała, że nie zdaje im się i, że widzą ją tylko przez to, że wieżą, że mogą ją zobaczyć. Julia zniknęła, a pokój przeszył zimny podmuch wiatru. Dzieci wpatrzone w fotel nie mogły uwierzyć własnym oczom i uszom. Rodzeństwo ponownie wróciło do rozmyślania. Po jakimś czasie znowu wysłali list do Olgi. Tym razem Tomasz tego nie przeczytał. W liście do Olgi była taka treść:
„Witaj Olgo! Umówmy się na mała kolację w „Monte Black”. Ja na pewno będę czekał przy stoliku drugim o 170. Proszę odpowiedz!”
Dzieci wiedziały, że jeżeli ich tata to przeczyta da im jeszcze jeden „szlaban”, ale tak nie było. Dzieci były sprytniejsze od swojego taty. Czekały przed oknem, aż listonosz przyniesie pocztę. Zobaczyły listonosza idącego w kierunku ich domu. Wybiegły na podwórko. Po odebraniu poczty, zaczęły się poszukiwania listu od Olgi Marczyk. Anna pomyślała sobie, że Olga nie odpisała, ale tak nie było. Kevin znalazł list od Olgi. W liście Olgi treść brzmiała tak:
„Witaj Drogi Tomaszu! Dobrze ja także tam będę, ale trochę się spóźnię. Wiem, że to nie kulturalne, ale coś mi wypadło. Całuję Olga!”
Dzieci po przeczytaniu listu nie wiedziały co robić. Nagle znów ukazała się ich mama. Powiedziała, żeby wyznali mu prawdę, że chcą, aby w domu była kobieta, która zajmowałaby się ich domem i tatą. Dzieci na chwilę zamilkły. Przemyślały to co powiedziała im mama, ale kiedy chciały jej podziękować, znikła. Minęło kilka godzin. Dzieci czekały, aż tata przyjdzie z pracy. Było gdzieś około godziny 20:30, a taty nadal nie było. Dzieci zadawały sobie pytania. ”A może on dostał także list i poszedł na tą randkę?”, „A może coś się stało z tatą?”. Na próżno zadawali sobie pytania, ponieważ tata, nie poszedł na randkę i nic mu się nie stało. Po prostu musiał zostać dłużej w pracy. Do pracy doszli nowi pracownicy. Była tam także pewna brunetka, a nazywała się Emilia Woźniak. Pomagał jej obsługiwać komputery, ponieważ nie miała jeszcze z tym styczności. Tomasz zaprosił ją na kolację. Przedzwonił do dzieci, aby coś przygotowały, najlepiej coś ciepłego. Dzieci wzięły się za przygotowywanie potraw. Zrobiły makaron z serem, spaghetti i kanapki z szynką i sałatą. Po małej krzątaninie w kuchni dzieci, wróciły do okna. Wpatrywały się w nie jakby miało coś się wydarzyć, coś niesamowitego. Po 10 minutach Tomasz wróciwszy do domu, powiedział, że zaraz przyjdzie jego znajoma z pracy. Dzieci pomyślały, że nie będą potrzebne przy kolacji, więc rozeszły się do swoich pokojów. Anna znów zobaczyła Julię. Zawołała Kevina i znów rozmawiali o tym co mają zrobić. Julia doradziła im, aby zaakceptowały Emilię, bo ona wie co dla prawie już dorosłych dzieci dobre. Rodzeństwo zeszło na dół i przywitało się z Emilią. Emilia nie była, ani rozwódką, ani wdową. Była narzeczoną ich taty. Tomasz oświadczył się jej podczas dzisiejszej kolacji, w domu pana Gilberta. Po kilku latach Tomasz Gilbert ożenił się z Emilią Woźniak. Teraz tworzą wspaniałe małżeństwo. Mają czwórkę dzieci. Anna i Kevin są już dorośli, a Julia i Dorotka mają po 5 lat. Żyje im się w dostatku, są szczęśliwi, a ich miłość nigdy nie gaśnie.
 

 
"WIZARD - czarodziejki"
Trzy nastoletnie czarodziejki Melisa, Kate i Mia wyjechały na wakacje na Hawaje, gdzie słońce prażyło, że nie w sposób było wytrzymać.
Pewnego dnia Melisa popłynęła na pewną wyspę, niektórzy powiadali, że ta wyspa jest zaczarowana. Popłynęła aby to sprawdzić. Rzeczywiście na wyspie działy się dziwne rzeczy. Jak nie coś zawyło tak przenikliwym głosem, to znów coś zaczęło się skradać. Melisa bardzo się przestraszyła chociaż była czarodziejką nie miała pojęcia co się dzieje.
Przestraszona wróciła z „Zaczarowanej Wyspy” jak to niektórzy mówili, ale rzeczywiście tak było, ta wyspa naprawdę była zaczarowana.
Przez kilka dni Melisa rozmyślała o tym co się tam stało. W pewnej chwili do pokoju weszły pozostałe czarodziejki Mia i Kate. Melisa przez chwilę nie zwróciła na to uwagi, ale dziewczyny ją wystraszyły tak, że, aż spadła z krzesełka (ponieważ było stare) pozbierała się z podłogi i krzyknęła:
- Hej! Co wy robicie? Zwariowałyście?
Dziewczyny popadły w śmiech nie tylko z tego powodu, ale także że były bliźniaczko-czarodziejkami wiec robiły wszystko w jednym czasie i nawet tak samo się ubierały. Dziewczyny popatrzały na Melisę i zapytały równocześnie co się z nią stało. Melisa opowiedziała wszystko co ją gnębiło i to bardzo szczegółowo. Dziewczyny popatrzyły na siebie i powiedziały:
- Melisa ty zmyślasz przecież my jako czarodziejki oczywiście widziałyśmy wszystko, ale takie rzeczy to bujdy!
- Nie, nie ja naprawdę to wszystko widziałam! – powiedziała oburzona
- No to chodźmy to zobaczyć, może jeszcze to nie znikło. – ze śmiechem powiedziała Mia
Mia była współczesną nastolatką. Nie była tak jak Melisa czy Kate. Była chytra, ale mądra. Umiała podejmować dojrzałe decyzje, na przykład wiedziała na co jej starczą kieszonkowe, a na co musi jeszcze złożyć pieniądze, ale wróćmy do wyspy.
Dziewczyny popłynęły na wyspę gdzie znów coś zawyło przenikliwym głosem i znów coś zaczęło się skradać do naszych czarodziejek. Mia wyciągnęła różdżkę i wypowiedziała zaklęcie wymyślone na poczekanie:
- „Skoro tu bezpieczne nie będziemy to do miejsca bezpiecznego przenieść się chcemy.”
Zaklęcie podziałało, dziewczyny znalazły się w starej jaskini gdzie było ciemno i ponuro. Mia wymyśliła jeszcze jedno zaklęcie:
-„Chodź widno na dworze, to daj mi lampkę, bo ciemno w tej norze.”
Zaklęcie jak zwykle podziałało. Czarodziejki obadały teren i zauważyły że w ścianie włożona jest głowa lwa.
Melisa jest trochę bezmyślna. Pociągnęła głowę lwa i nagle ziemia zaczęła rozpadać się na miliony kawałeczków. Dziewczyny spadły w dół jak małe kamyczki. Na całe szczęście Mia zdążyła wyczarować milion poduszek. Czarodziejki upadły na puch, dzięki niemu nic im się nie stało. Kate znalazła wyjście z sytuacji jak można to ująć „bez wyjścia”. Poprosiła Mię o wyczarowanie drzwi (pewnie zastanawiacie się dlaczego Kate nie mogła sama wyczarować tych drzwi, ponieważ Mia była najstarszą z czarodziejek i tylko ona mogła czarować różdżką). Dziewczyna wyczarowała drzwi ale potrzebny był klucz. Niestety kluczy było pięć a czasu było mało, bo magia trwa tylko kilka sekund więc jeżeli na przykład utknęło by się w takich drzwiach, a one by zniknęły to zostało by się w ścianie na zawsze. Klucz pasował tylko do jednych jedynych drzwi, Melisa doskonale sobie radziła w odgadywaniu, co i jak. Zgadła. Mia włożyła poprawny klucz do dziury i wyszły na zewnątrz. Było ciepło 30oC. Dziewczyny było głodne i zmęczone. Mia wypowiedziała takie zaklęcie:
-„Naleśników bez liku”.
Ale nie zadziałało, ponownie wypowiedziała to samo zaklęcie, ale było tak jak przedtem, nic.
Zawsze zaklęcie działało, ale widocznie na tej wyspie czary może sprawować tylko potężny magik, a szczególnie zaklęcie „Naleśników bez liku”. No cóż dziewczyny musiały sobie poradzić same. Jedna upolowała 3 ptaki, po jednym dla każdej. Dziewczyny się najadły i szły dalej badając teren w najmniejszych kątkach. Nagle słyszą:
- Tru, tu, tu, tu. Uwaga, uwaga idzie magik William, król tej wyspy. Dziewczyny popatrzyły i zaczęły chichotać, ponieważ król William był tak mały że nie miał nawet 1 metra. Był małym, podłym i chciwym chłopcem. Nagle król Willy (tak go nazywały dziewczyny) wstał i powiedział, że kiedy odkryje największą moc u czarodziejki, to ona będzie mogła zasiąść na tronie u jego boku. Dziewczyny znów popatrzyły na siebie, a król wrzasnął tak potężnie jakby miał gdzieś ze 2 metry wzrostu i około 20 lat. Czarodziejki przestraszone zaczęły uciekać, ale straże króla Williama były szybsze i odcięły drogę ucieczki. Złapano je i zaniesiono do władcy, gdzie on zmusił je do przystąpienia do Czar-Olimpiady. Żadna oczywiście nie chciała. No cóż zrobić kiedy straże pilnowały drzwi, a w sali nie było okien. Kiedy już olimpiada miała się rozpocząć do sali wbiegł czarodziej Ronald. Był większy od władcy Williama, a o muskułach to już nie wspomnę. Pokonał straż królewską, zawołał swojego konia, wsadził Mię, Kate i Melisę na grzbiet białego rumaka a sam poprowadził konia nad spokojną sadzawkę, gdzie było bezpiecznie, a król Williams nawet o niej nigdy nie słyszał, ani jej nie widział. Mia, Kate i Melisa były bardzo głodne (pamiętacie chyba, że zaklęcie „naleśników bez liku” nie zadziałało), a czarownik Ronald był starszym czarodziejem niż dziewczyny, miał 17 lat, a więc on był większym czarodziejem. Wyczarował piękny i syty piknik. Grupa najadła się do syta. Następnie Mia poprosiła Ronalda, aby opowiedział im o „Zaczarowanej Wyspie”, ale on milczał. Znów go o to poprosiły. Nalegały, błagały, ale on nie ulegał. W pewnym momencie zmiękł. Opowiedział wszystko szczegółowo, a dziewczyny, a dokładnie Mia przedzwoniła po największego magika, profesora Klusferda. Profesor Klusferd przybył natychmiast do dziewczyn, a one opowiedziały mu co i jak się zdarzyło. Profesor dobrze wiedział, że na wyspie działy się dziwne rzeczy. Klusferd odebrał moc czarodziejską Ronaldowi i wyczyścił mu pamięć, aby nie pamiętał, że jest świat magiczny. Dziewczyny nie były już tak pewne jak przedtem. Zapytały czarodzieja dlaczego na tej wyspie dzieją się takie różne rzeczy. On odpowiedział, że Ronald i król Williams współpracują ze sobą i czarują wyspą tak, żeby nikt nie ośmielił się budować żadnego osiedla, ani nie ośmielił się tu wchodzić. Dziewczyny poczuły się bardzo poważnie, bo wiedziały, że czeka ich bardzo ważna misja. Pan profesor Klusferd zniknął, a dziewczyny zaczęły szukać odpowiedzi na zagadkową sprawę. Przyznam wiedziały kto jest przyczyną magii na wyspie. Poszły więc ponownie do zamku, gdzie straż Williama stała przed wrotami, czarodziejki schowały się w pobliskich krzakach. Kiedy straż zmieniała wartę dziewczyny wślizgnęły się do zamczyska. Mia, Kate i Melisa zjednoczyły siły, ponieważ kiedy się je jednoczy to jest się potężniejszym niż przedtem. Stały się jednym ciałem, jedną, potężną czarodziejką. Jak wiecie czarodziej czarodziejowi nie równy. Walka trwała bardzo długo. Czarodziejki z Hawai pokonały króla Williama, a może nie króla? Sama nie wiem. Po pokonaniu króla Williama, dziewczyny wróciły do domu.
Melisa w dzieciństwie pragnęła zostać wokalistką zespołu „Pokerowy Blues”. Startowała już w kilku castingach, ale zawsze było, to „ale”. Teraz także był casting do „Pokerowego Bluesu”. Melisa znów wystartowała. Casting odbywał się w wielkiej Sali teatralnej. Teraz była kolej Melisy. Melisa jak to Melisa, miała wielką tremę przed występem. Zrobiła swój rytuał i wyszła na scenę. Zaśpiewała piosenkę (skomponowała ją sama) pt. „Czary – Mary”.
Potem wystąpili jeszcze inni uczestnicy.
„Jeszcze tylko minuta, jeszcze tylko chwila…”- nuciła Melisa
Po kilku godzinach, po wielkich naradach, wreszcie ogłoszono wyniki. Główny przewodniczący castingu powiedział:
- Z 1289 głosami i 3 miejsce zajął lub zajęła Karolina Budzińska. Z 1024 głosów i 2 miejsce zajął Marcel Jastrzębski. Pierwsze miejsce z 3243 zajęła Melisa Corral. Melisa była wniebowzięta. Miała 3243 głosów. Dostała kryształowy mikrofon od zespołu i piękne czerwone róże. Po powrocie do domu Melisa wyprawiła przyjęcie.

Zaprosiła zespół, z którym śpiewa, Kate, Mię i kilka innych przyjaciół z Hawajów. Śpiewali, tańczyli, znów śpiewali i tak do białego rana. Wszyscy zasnęli na kanapie. Spali bardzo długo, świętowanie sukcesu bardzo ich zmęczyło.
Tydzień szybko zleciał, trzeba było wracać do domu. Dziewczyny postanowiły, że wyczarują sobie domek na drzewie.
Domek był przepiękny miał kolorowe ściany, taras, kilka pokoi, a nawet salon. Dziewczyny namęczyły się przy budowie swojego „zaczarowanego” domku. Było to u Melisy. Dziewczyny najpierw zbudowały podłogę, potem zbudowały ściany, a na końcu urządziły wszystko co było potrzebne, czyli sypialnie, oczywiście 3, salon, kuchnię i łazienkę, cały domek był przepiękny. Dziewczyny zamieszkały w nim na tydzień.
Na tym kończy się historia trzech nastoletnich czarodziejek, Melisy, Kate i Mii.
  • awatar Gość: Przecietne, niewciągajace oraz pospolite. Taki jest moje skromne zdanie, acz wiersze piszesz świetne.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
"HIGH SCHOOL MUSICAL"
Był piękny, ciepły jesienny dzień. Szkoła była przepełniona młodzieżą pierwszo licealną, ale także i maturzystami. W pierwszym dniu szkoły każdy witał się z innymi, opowiadał jak było na wakacjach, a Troy i Gabriella siedzieli przy stoliku dla maturzystów, oczywiście byli już maturzystami. W pewnym momencie odezwali się do siebie nawzajem.
-Posłuchaj!
-Słuchaj!
-To ty mów pierwszy Troy.
-Dobrze. A więc ja już po prostu nie wyrabiam. Nauka, koszykówka i znów nauka, a gdzie miejsce na Ciebie Gabriello?
- Ja mam tak samo, nauka, kółko matematyczne i znów nauka, nie mam czasu na Ciebie. Bardzo mi smutno.
- Dlaczego ty musisz tak zakuwać?
- Jeżeli dostanę jedynkę, to mama mnie uziemi i w ogóle nie będę Cię widywać, chcesz tego?
- Nie oczywiście, że nie!
W tedy zadzwonił dzwonek i Gabriella z Troyem na lekcje do pani Darbus.
- O kurcze znów ta Darbus, ja już nie wyrabiam, raz mi sms przyszedł na wibracji, a ona przedzwoniła do mojej mamy i zostałem uziemiony na 3 tygodnie, czyli prawie cały miesiąc! – wykrzyczał Chad
- To pech rzeczywiście. – zaśmiała się Gabriella
Weszli do klasy i słuchali, zasypiając na ławkach.
Martha założyła słuchawki, bo nie interesowało ją to, co pani Darbus mówiła.
Zeke nucił coś pod nosem, a Troy spoglądał co chwila, na Gabrielle.
Jason podniósł rękę.
- Tak Jasonie?
- Jak pani spędziła wakacje?
- Co? – wszyscy zaczęli mówić i komentować
- Spędziłam je bardzo miło…
Drrryn… (zadzwonił dzwonek)
- Och dzwonek wolności! – cała klasa krzykałą chórem
- Troy, zaczekaj!
- Daj mi spokój Gabriello!
- Zaczekaj, dlaczego mówisz do mnie takim tonem? – zdziwiła się Gabriella
- Muszę pobyć sam, przemyśleć kilka spraw. – zamyślony mruczał coś pod nosem
Po szkole Troy nie poszedł jak zwykle do domu. Poszedł do Gabrielli, po drodze kupił pizze i truskawki.
- Gabriella, Gabriella! – zaczął krzyczeć
- Czy ktoś mnie woła? – pomyślała Gabriella
- Gabriella otwórz drzwi od balkonu.
- Już momencik. – krzyknęła Gabriella
- To ja, Troy.
- Co ty tu robisz? – zdziwiła się Gabriella
- Przyszedłem cię przeprosić.
- Och, naprawdę? Ale dlaczego przecież ja się wcale nie obraziłam.
Gabriella wpuściła Troya, i rozścieliła na środku pokoju koc. Troy położył kobiałkę z truskawkami i pizze. Troy z Gabriellą zaczęli jeść pizze, a kiedy ją zjedli, można powiedzieć „dobrali” się do truskawek.
- Och nie została tylko jedna! – krzyknęli nawzajem
- Ty ją weź. Jeżeli jej nie spróbujesz, to nie będziesz wiedziała czy to jest najlepsza truskawka we wszechświecie! –powiedział Troy
- Mmm…rzeczywiście, to najlepsza truskawka we wszechświecie. – zamarzonym głosem powiedziała Gabriella
- Muszę już iść!
- To, do zobaczenia, Troy! – krzyknęła Gabriella
Następnego dnia po szkole, Gabriella i Troy znów się spotkali.
- Hej Gabriella!
- Cześć Troy! Co u ciebie?
- W porządku, w porządku…
- Chyba coś przede mną ukrywasz!?
- No dobra, przyjęli mnie na studia!
- No co ty! Mnie też!
Drrryn…
- Ostatnia lekcja i koniec szkoły! – wykrzykiwał Jason
- Jason, czy ty myślisz, że kiedy pójdziesz na studia, to będziesz widywał się z kumplami, czy będziesz grał z nimi w koszykówkę? przemyśl to!
- Będę się z nimi widywać, ponieważ jestem z nimi w drużynie koszykarskiej. – zaśmiał się Jason
- Lekcja powoli mija, a więc, że jesteście klasą maturalną, nie zadaje wam nic do domu! – krzyknęła pani Darbus
- Super! - krzyknął Zeke
- Panie Danford proszę usiąść, bo sala lekcyjna nie jest boiskiem do tego, w co wy tam gracie.
- W koszykówkę, pani Darbus, w koszykówkę!
Och już tylko 10 sekund do końca lekcji,9,8,7,6,5,4,3,2,1,0.
Drrryn...
- Koniec szkoły! - wykrzykiwał Jason
Po szkole cała klasa maturzystów poszła świętować koniec szkoły, pizzą i coca colą.
Wakacje minęły bardzo szybko, a studia zaczynały się dopiero w październiku, a Gabriella juz nie widywała Troya. Pod koniec października rozstali się, ponieważ nie mieli dla siebie czasu, ale nadal sie przyjaźnili. Chad także miał dziewczynę, a była nią Tylor McKessie. Każdy miał swoje zmartwienia, ale szkoła i nauka trwa nadal. Gabriella, Troy, Chad, Tylor i Jason chodzą na studia,a ich przyjaźń jest taka jak w klasie maturalnej.

 

 
"Świat"

Jaki jest nasz świat?
Świat jest pełen śmieci,
które zbierają dzieci!
Świat jest szary,
ale zaklęcie może zmienić wszystko,
ale nie wielkie wysypisko!
świat jest stary
i nosi okulary!
Nasz świat był by pełen barw gdyby nie hałdy śmieci, z których nas oczyszczają niektórzy dorosli i dzieci!
  • awatar Gość: Bardzo ładny wiersz, porusza problemy współczesnego świata i jednocześnie daje nadzieję na to, że ludzie wspólnymi siłami zmniejszą obecne zanieczyszczenie;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
"Opowieści babci Janki"

Pewnego ranka, kiedy nadszedł czas szykowania się do Świąt Bożego Narodzenia, krzątania się po kuchni, sprzątania pokoju, musieliśmy posprzatać swoje pokoje, umyć podłogi i pomóc mamie w gotowaniu potraw świątecznych.Narobilismy się bardzo bo jesteśmy takie małe leniuszki.Przygotowaliśmy potrawy,a Wojtek co chwilę coś podjadał, mamę to zdenerwowało. Kazała mu do Wigilii zostać u siebie w pokoju. Wojtek się popłakał. Był duży łakomczuchem. Ja z Baśką, moją siostrą, ubrałyśmy choinkę najlepiej jak potrafiłyśmy, mama pochwaliła nas za to, a Wojtek cały czas płakał. Kiedy była już Wigilia, zobaczyliśmy prezenty pod choinką. Po kolacji otworzyliśmy prezenty. Ja dostałam piękne,białe łyżwy. Wojtek dostał rózgę,ale to tak dla żartów. Tak naprawdę to dostał czerwony samochodzik,a Baśka dostała gitarę i laptopa, to niesprawiedliwe.Po kolacji, jak co roku babcia Janka opowiedziała nam opowieść jak ona spędzała święta. Opowiem wam to w skrócie.
Pewnego 24 babcia zaglądnęła pod choinkę, a tam nie było nic. Bardzo się zdziwiła, gdyż zawsze rano Święty Mikołaj, jak twierdziła przynosił jej prezenty. Lecz dziś rozczarowała się. Rozpłakała, tak że sasiedzi pytali się jej mamy dlaczego babcia płacze. No dobrze, ja tu sobię opowiadam, a nie mówie co było dalej,a więc babcia doczekała się Wigilii, ale było ciężko. Mama babci Jank, dała swoją ulubioną spinkę, którą dostała od swojej mamy, czyli to była babcia, babci Janki. Babcia bardzo smutna, od razu zrobiła się szczęśliwa. Tak zakończyła się opowieśc babci Janki, a nasza Wigilia także upłynęła bardzo szybko. Po kolacji poszliśmy do kościoła, a po pasterce poszliśmy spać.
 

 
"Lato"
Lato słoneczne, upalne jest.
Deszcz nie pada,
W basenie pływać wypada.
Kwitną kwiaty słońce świeci,
Na łące bawią się dzieci.
Niebo jest bezchmurne 30.C(30 stopni celcjusza),
Aż tu nagle idzie burza!
Grzmoty walą tu i tam,
Pogoda dziś niesprzyja nam.
Nagle niebo znów sie rozpogodziło.
Znów dzieci bawią się na łące,
A przy nich biegają zające.
Takie jest lato moi mili,
Raz pogoda, raz burza w jednej chwili.
  • awatar Gość: Piszesz świetne wiersze i opowiadania!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
"Na Farmie"



Cześć! Nazywam się Rex. Jestem psem Moniki. Jestem jeszcze szczeniaczkiem, głupiutkim jak mówi moja pani.
Pewnego dnia przybłąkałem się do farmy Moniki, cały zmarznięty i brudny. Bałem się że, domownicy i zwierzęta, które tam mieszkały wygonią mnie.
Ale tak się niestało. Monika krzyknęła na mój widok, bardzo głośno, oczywiście. Wzięła mnie na ręce i wyściskała. Później nadała mi imię Rex. Pomyślałem sobie:
- Kurcze, jaka ta dziewczyna jest miła.
Później zaprzyjaźniłem się z innymi zwierzętami z farmy. Poznałem także dużo starszego ode mnie psa, Chapsa. Mówiłem do niego wujku.
Życie było beztroskie, ale do pewnego czasu. Jakiś rok temu nasza farma zadłużyła się. Ojciec Moniki szukał kupca, który kupiłby farmę.
Ojciec Moniki sprzedał najpierw osiołka, potem dwa konie, cztery świnie, 9 krów, ale nie sprzedał psów.
Psów było osiem. Suczka Sonia i jej pięć dzieci oraz ja i Chaps.
Pewnego dnia przyjechali jacyś ludzie. Mówili że, chcą kupić suczkę i jej dzieci. Sonia wyczuła że, cos jest nie tak.
Warczała na nich i szczekała, a potem jeszcze ugryzła mężczyznę w rękę. W nocy Sonia była podenerwowana. Nie spała w cale.
W nocy przyszli złodzieje. Podeszli do stodoły gdzie spała Sonia i jej dzieci i wyciągnęli worek. Sonia głośno szczekała.
Podeszli jeszcze bliżej i zaczęli wkładać psy do worka. Gospodarz wyszedł, ale było juz za późno. Złodzieje zabrali
Sonię i jej dzieci. Ja z Chapsem pobiegliśmy za furgonetką.
Biegliśmy bardzo długo. Chaps był już zmęczony. Zatrzymał się, ale z tyłu jechał samochód i potrącił starego Chapsa.
Ostatnie słowa Chapsa wyglądały tak:
- Rex, nie martw się mną. Biegnij dalej i uratuj Sonię i szczeniaki. Proszę! Obiecujesz?
-Tak! - krzyknąłem
I dalej juz odszedł od nas.
Wziąłem go za skórę i zaciągnąłem na pobocze.
Biegłem dalej i dalej, aż napotkałem furgonetkę przy starym zniszczonym domku. Były tam także nasze psy.
Poszedłem do domku i wypuściłem maluchy, ale nie było tam Sonii. Po jakimś czasie dopiero ją znalazłem. Była cała brudna. Zawołałem ją i uciekliśmy już do domu.
Zabrałem ze sobą jakiś wózek. Po drodze wsadziłem do wózka Chapsa i już w biegu wróciłem na farmę.
Pokazałem Chapsa Monice. Ona rozpłakała się, ale jej tata powiedział żeby się nie martwiła bo ten pies był królewskim psem, no i za niego dostaniemy dużo pieniędzy.
Za jakiś miesiąc dostaliśmy 300 tysięcy złotych odkupiliśmy zwierzęta i oddłużyliśmy farmę, a nasze życie wiodło się beztrosko.
Takie beztroskie życie jest fajne, ale po paru miesiącach robi się nudne.
Sonia i ja postanowiliśmy odwiedzić tutejszy cyrk, bo na farmie było nudno. Zobaczyliśmy wielki, cyrkowy namiot. Był kolorowy jak tęcza. Weszliśmy już na przedstawienie. Było fantastyczne. Te światła, jejciu.
Nagle z tyłu ktoś zarzucił na nas siatkę. Był to, hycel. Ogromny, gruby, z wąsami, wielki hycel. Sonia próbowała się uwolnić. Szarpała siatkę, ale to, nic nie dało.
Gruby i wąsaty jak my go nazywaliśmy zabrał nas do ciemnego wozu gdzie następnie przewiózł nas do jakiegoś laboratorium. Ja przyznam wam się szczerze nie chciałem być królikiem doświadczalnym. Sonia także tego nie chciała. Gryzła klatkę gdzie nas trzymano. Nagle do laboratorium wszedł laborant i przyniósł jakieś strzykawki. Ja wyważyłem drzwiczki od klatki i odgryzłem kłódkę u Sonii. Uciekliśmy szybko i bez hałasu. Nikt nas nie usłyszał na szczęście. Przybiegliśmy do domu cali zasapani. Opowiedzieliśmy to wszystkim zwierzętom. Bili nam brawa że, wydostaliśmy się z laboratorium.
Pewnego dnia kury się pokłóciły. Jedna z nich powiedziała mi o co. A było to tak…
Jedna kura zniosła jajko i żadna nie wiedziała kogo one jest. Wszystkie chciały je wysiadywać. Ja tylko je odganiałem, bo by się zadziobały. Jedna najpierw wysiadywała. Potem druga ją zepchała. I tak po kolei. Chyba ze sto razy tak się spychały. No i przyszedł czas narodzin kurczaczka. Wykluwa się dziecko jednej z kur, a tu nie jest to, żadną kurą lecz małym aligatorkiem. Kury znów się pokłóciły bo, żadna z nich nie chciała go wziąć. Ja wziąłem go na plecy i zaniosłem nad staw. Matka małego aligatora od razu się ucieszyła że, ktoś go odnalazł . Podziękowała mi bardzo.
Teraz już żadna kura nie kłóci o zniesione jajko ponieważ każda ma swoje gniazdo.
W czerwcu na farmę przyjechała mała Pola. Miała 9 lat. Miała rude włosy, związane zielonymi wstążkami, a na buzi miała dużo piegów tak jak jej mama. Pola była małą śliczną dziewczynką, ale cóż poradzić jeździła na wózku inwalidzkim, ponieważ miała paraliż po wypadku samochodowym. Kiedyś bardzo lubiła pływać oczywiście teraz też może, ale przy rehabilitacji nie jest to, fajne. Przyjechała tu na wakacje, aby odpocząć od hałasu miasta i wszystkich szybko pędzących samochodów.
Najgorzej było w nocy. Pola płakała bo, bała się że nadjedzie samochód i ją potrąci tak jak Chapsa. Pomyślałem sobie że, niepotrzebnie opowiedziałem jej tę historię o potrąceniu psa. Pomruczałem coś pod nosem i polizałem małą Polę po buzi. Uśmiechnęła się przez sen i już się nie bała.
Następnego dnia Pola poszła ze mną nad staw. Pokazałem jej różne zwierzęta żyjące w nim i na drzewach, które rosły koło niego. Była zafascynowana. Od razu kazała mi iść po aparat, ale nie ten ortodontyczny tylko do zdjęć. Pola zrobiła kilka zdjęć i wróciliśmy na farmę. Dziewczynka zaprzyjaźniła się z koniem Horacym. Horacy był miłym koniem, bardzo polubił dziewczynkę.
Pola pragnęła jeździć na koniu, ale jak wiecie nie mogła. Ja namówiłem Monikę żeby, wsadziła na przymus Polę do siodła, niech spełni swoje marzenia. Monika zgodziła się. Zabrała Polę do stajni i ściągnęła ją z wózka inwalidzkiego. Pola krzyknęła:
-Stój! Co robisz?
Monika odpowiedziała jej że, chce spełnić jej marzenie.
Pola nie była wesoła. Raczej zdenerwowana, ale nagle…
Poczuła czucie w nogach. Była tak rozradowana, a to wszystko przez to że, Monika ją zdenerwowała. Jej największe, podkreślam największe marzenie się spełniło, odzyskała czucie w nogach. Teraz chcę już pojeździć na Horacym. Dobrze. – odpowiedziała Monika.
Monika wzięła troszkę innego konia, Marcepana. Był troszkę uparty. Szarpał się ale przy Monice to, on był spokojny. Pojechały na łąkę. Tam był najlepszy plac do jeżdżenia. Było tam także takie dużo urwisko. Ojciec Moniki zakazał jej tam się zbliżać, a nawet myśleć o tym, żeby tam podjechać. Oczywiście Pola o tym nie wiedziała. Podjechała pod urwisko, gdzie ziemia była wiotka i spadła razem z koniem. Na całe szczęście Pola zawiesiła się na korzeniu drzewa które tam było. Konia niestety nie udało się uratować zabił się na miejscu. Po piętnastu minutach udało nam się wyciągnąć Polę, ale była zmęczona. Ręce ją bolały, a pić jej się chciało tak że, nie wiem co. Po jakimś miesiącu Pola wyjechała. Szkoda, bo znów na farmie było nudno. Tak zakończyły się wakacje na farmie u Moniki.
Wakacje się skończyły i Monika poszła do szkoły, a ja sam zostałem w domu z tymi kłócącymi się kurami. Położyłem się na worku od pszenicy i leżałem tak aż, nie przyszła Monika.
Kiedy Monika już przyszła bawiliśmy się do upadłego. Taczaliśmy się nawet w błocie ze świniami. Jak ja tą zabawę wspominam bardzo miło. Ale nadszedł wieczór Monika musiała się wykąpać. Odrzuciła mnie dla jakiejś kąpieli byłem na nią bardzo zły więc pogryzłem jej ulubioną zabawkę. Ona zamiast na mnie nakrzyczeć wzięła smycz i zawiązała ją na ganku wraz ze mną. Nie spodobało mi się to. Przegryzłem smycz i odszedłem od mojej kochanej farmy. Natrafiłem na miłego starszego pana, który mnie przygarnął. On jeden był poważnym panem, który mnie nie zaciągał na ganek. Rozpalił ogień w kominku, wykąpał mnie, dał mi nowe posłanie i powiedział:
-Śpij słodko, jutro wywiesimy ogłoszenia. Może ktoś Cię właśnie szuka.
Pomyślałem sobie że, jeżeli przywiązali mnie na ganku, to i o mnie się nie będą martwić. Ale tak też się nie stało od razu gdy zobaczyli ogłoszenie zadzwonili do starszego pana i przyjechali po mnie. Byłem bardzo nie szczęśliwy, a także i zadowolony, że mnie odnaleźli. Monika uczyła się bardzo dobrze. Po szkole zawsze się bawiliśmy, a potem się kąpaliśmy. Zrozumiałem dlaczego ona tak się kąpie. Czystość w szkole jest najważniejsza, a z resztą ona ma codziennie W-F więc gdyby się nie wykąpała źle by od niej pachniało. Kocham moją Monikę jest taka dobra. Myślę że będzie dobrze nam się dalej żyło.
Był 23 sierpnia 2006 roku Monika obchodziła 11 urodziny. Ja przyniosłem jej na prezent piękną laleczkę, którą wcześniej kupiłem. Była bardzo zadowolona z prezentu, ale jej tata kupił szczeniaka. Byłem zazdrosny sam nie wiem o co, ale tak było. Kiedy tylko Monika otworzyła klatkę serce mi zmiękło. Ten szczeniak był także mały taki jak ja. Był także przybłędą. Polizałem go, a on się mnie spytał czy jestem jego tatą. Odpowiedziałem, że nie. Powiedziałem mu że, mogę być jego bratem, a na imię mam Rex. Szczeniak odpowiedział mi że, on jeszcze nie ma imienia. Poprosiłem Monikę żeby nadała małemu imię. Monika zgodziła się, a nadała mu imię Szczęściarz. Spodobało mi się to, imię, ale czemu Monika nie nadała mnie takiego imienia? Pomyślmy rozsądnie. To jej prezent na urodziny, a moim prezentem to już się nawet nie interesuje. Pomyślałem sobie pewnie i mnie zaraz sprzeda, na jakiejś wyprzedaży starych rupieci. No, a może tak się nie stanie? Myślałem całymi dniami i nocami o tym co może się stać, ale nic nie wymyśliłem. Monika jest bardzo miła i powiedziała mi że, nie sprzeda mnie na wyprzedaży rupieci. Cieszyłem się że, Monika tak powiedziała, ulżyło mi od razu.
Pewnego dnia na farmie zabrakło pieniędzy. Właściciele musieli sprzedać kilka zwierząt. W składzie do sprzedaży było osiem zwierząt. Na liście była Sonia i jej 5 dzieci oraz ja i jedna krowa. Ja płakałem, bo nie chciałem odchodzić od mojej Moniki. Przeżyliśmy ze sobą już ładnych parę lat. No cóż, ale chociaż uratuje farmę.
Monika jak to, Monika pożegnała się ze mną serdecznie i z Sonią także. I już więcej się z nią nie widywałem. Po jakimś roku ktoś mnie kupił. Była to, starsza pani, a miała na imię Katarzyna. Katarzyna Nowicz. Wypuściła mnie z klatki i powiedziała:
- Biegnij mały piesku, biegnij pewnie rodzina cię szuka.
Pomyślałem sobie:
- Tak, jasne. Sami mnie sprzedali dla pieniędzy, a nie pomyśleli o moich uczuciach. Zrobiło mi się bardzo smutno. Przez tydzień błąkałem się smutny po ulicach i rozmyślałem jak można skombinować pieniądze.
- Wiem jak! - krzyknąłem
Po prostu wezmę udział w loterii pieniężnej. I tak też się stało.
Wygrałem, po prostu wygrałem milion złotych. Zaniosłem czek na farmę, a ojciec Moniki kupił z powrotem naszą krowę i Sonię oraz jej dzieci, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Ja jestem już starym psem mam ponad 12 lat. Mam 5 małych dzieci i śliczną żonę Sonię drugą. Z przykrością to, wam mówię, ale tamta Sonia poszła do nieba trzy lata temu. Wszystkie moje opowieści wam opowiedziałem, a pamięć o nich zatrzymajcie na zawsze.



Pies Rex
 

 
Lubię pisać wiersze i opowiadania...